piątek, 8 lipca 2011

Wymęczona

Jak mi jeszcze raz ukradnie to co napisałam to nie ręczę za siebie...

Jeśli prawdą jest, że im więcej kłopotów tym lepszy efekt, to moja poduszka powinna powalać na kolana.
Wersja ostateczna

Mój dzielny pomocnik

Niestety, chyba tak nie jest, chwilowo nie mogę na nią patrzeć, więc się nie przyglądam. :).
Podczas szycia udało mi się popsuć dwie maszyny elektryczne oraz jednego przedwojennego Singera.
Jedna maszyna - stary Łucznik- zaczęła pętelkować i nijak nie mogłam tego uregulować. Na drugiej złamałam 6 igieł na 20 cm kawałku. Kawałek uszyłam "maszyną ręcznie". Prułam chyba z 10 razy. Raz wydawało mi się, że jest ok, to obcięłam zbędny materiał, okazało się, że jednak nie jest ok, ale nie mogłam spruć, bo byłaby dziura. Wreszcie odgrzebałam starego Singera, który służy jako stolik pod kwiatka. Odkurzyłam toto, zakładałam nitkę z 10 minut, bo nie wiedziałam jak. (A wcześniej odgrzebałam też przedwojenna Vestę, ale tam nie umiałam założyć nitki na bębenek, jakiś dziwny jest). No i uszyłam na Singerze. W trakcie szycia odpadła mi osłona maszyny pod stolikiem (ja mam taką chowaną w stolik), musiałam kolanem trzymać, żeby można było szyć.

3 komentarze:

OLQA pisze...

czasami zaczyna się pechowo ale tak jak u Ciebie - efekt bardziej niż zadawalający:)

Ata pisze...

Ło matko i córko swojej matki!! :-DD
Należy Ci się nagroda - za wytrwałość i efekt końcowy :-)

Kankanka pisze...

Irenko - pięknie! Za walkę z maszynami i że się nie poddałaś moje uznanie. Poduszka wyszła ekstra!