niedziela, 5 lutego 2012

Wczoraj

Dziecko zadzwoniło, ok 12, że egzaminowy totolotek ma z głowy (do ogłoszenia wyników) to może przyjechać, bo Tomek w pracy, a jej się nie chce samej w domu siedzieć. Ale z racji niedzielnych imienin tort sobie zażyczyła. Przyjechała, wzięłam siatkę i pojechałyśmy do sklepu, podział sprawiedliwy - ja siatkę, ona kasę. Dokonałyśmy odpowiednich zakupów. W domu rosołek doprawiłam, ugotowałyśmy kluski, pora wziąć się za tort. Wsadziłam do piekarnika, po 30 minutach idę a piekarnik wyłączony. To moja Mama brała sobie rosołu i wyłączyła piekarnik, bo jej się z palnikiem pomyliło. No nic, na szczęście ciasto było upieczone, minimalnie tylko dopiekłam. Cudem nie było zakalca. No to ubiłam śmietanę, wymieszałam z galaretką, dodałam brzoskwinie, zalałam ciasto, i chciałam wsadzić do lodówki. okazało się, że tortownica źle zapięta była i wszystko mi spadło :), obwoluta metalowa w rękach mi została. Na szczęście na blat, a nie na podłogę. Wepchałam wszystko z powrotem do tortownicy. I tort był pyszny :) tyle, że zastygnąć nie zdążył, bo Aga jechała spowrotem do Wrocka :)
To tylko ja tak potrafię, im bardziej się staram tym gorzej wychodzi :)

4 komentarze:

kachazet pisze...

To są dopiero przygody! Ważne, że tort się udał :)

OLQA pisze...

zawsze tak jest in bardziej nam zależy tym gorzej wychodzi ( u mnie zakalec na bank!), ale tort smakował i to najważniejsze!

Kankanka pisze...

Jak zeżarty to znaczy, że był boski!

Nie martw sie, ostatnio na imieninach Mamy jadłam sernik wywalony. Też był boski!

Pani Niteczka prezentuje pisze...

Irenko mam tak samo... i dlatego zawsze wrzucam na luz, a wtedy się uda