poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Harcerstwo w moim życiu

Jak wiadomo, kiedyś przynależność do ZHP to był obowiązek, każda klasa stanowiła jedną drużynę. Moją pierwszą drużynową była Isia Kułaczkowska. Zdobywaliśmy sprawności zuchowe, uczyliśmy się różnych rzeczy, było fajnie :)
Potem drużynową była pani Machnik, w siódmej klasie została opiekunem drużyny, a ja objęłam funkcję drużynowej. Nie miałam pojęcia, co do mnie należy, ale wtedy było łatwo - czyny społeczne, pomoc starszym itp. To była fajna zabawa, nikt nie myślał o tym, ze to na chwałę komunizmu. Tak trzeba było i już. Kazali nosić piaskowe mundury i czerwone krajki, przemianowali nas na HSPS, ale jakoś wtedy nie miało to znaczenia, przynajmniej dla mnie. Może dlatego, że w domu nauczyli mnie przyjmować życie jakie jest i chyba podobnie było wśród moich kolegów i koleżanek.
Tu muszę napisać coś o obozach, bo zaczęłam jeździć dość szybko. Pierwszy obóz zaliczyłam chyba w drugiej klasie podstawówki, Mama była drużynową, a ja dołączyłam do obozowiczów. To była Dębina, ogromny obóz, kilkaset osób, kilka podobozów.
Samodzielnie pojechałam po piątej klasie. Początek był trudny, nikogo nie znałam, żadna koleżanka ze mną nie pojechała. W drodze do nikogo się nie odzywałam, dopiero pod sam koniec podróży zgadałyśmy się w kilka dziewczynek. Jechaliśmy niebieskim ogórkiem, z rozkładanymi siedzeniami w środku, niewygodnie jak cholera. Komendantem był Rudek Słonopas, oboźnym Józek Olewicz, ale nie pamiętam, kto był moim drużynowym. Z tego obozu pamiętam straszną burzę, kiedy zerwałyśmy się w nocy i siadając na kanadyjce nogi miałyśmy w wodzie, bo namiot pływał. Lało nam się na głowy, woda płynęła dołem, a kadra w strugach deszczu ratowała nas i obozowy dobytek. Jarek, wtedy jeszcze Jaromin przygarnął mnie do swojego prywatnego namiotu. W ogóle, z racji znajomości z moją siostrą, Jarek przez cały obóz się mną opiekował.
Potem, co roku jechałam na obóz, z każdego mam jakieś wspomnienia.
NP, po ósmej klasie byłam na kursie drużynowych w Poddębiu. Pamiętam jedną noc, kiedy strasznie rozrabiałyśmy i oboźny - Józek Olewicz wywołał nas przed namiot, by nas opier... Stanęłyśmy karnie w szeregu, popatrzyłyśmy po sobie i zaczęłyśmy się strasznie śmiać, bo wyglądałyśmy jak sieroty, a to z krótkie spodnie od piżamy, a to misie na koszulce, rozczochrane włosy... nie mogłyśmy się opanować. Oboźny zresztą też nie, ale po lesie nas przegonił.


a dzisiaj chwilowo koniec, Wojtek się budzi :)


dyplom uzyskania patentu drużynowych z Poddąbia 1979